tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

„Niezwyciężeni. Arsenal w sezonie, który przeszedł do historii futbolu” – fragment

Zwycięstwo w Mediolanie zdziałało cuda, jeśli chodzi o wiarę w siebie piłkarzy Arsenalu. Dało także Thierry’emu Henry’emu, który tego wieczora był nie do zatrzymania, szansę na pokazanie wielkiej widowni, że należy do najlepszych piłkarzy świata...
Dennis Berkamp (L) i Thierry Henry (P) (fot. Getty Images)

Tamten mecz dodał piłkarzom skrzydeł. Inter – Arsenal 1:5. Był doniosły na wielu poziomach: ten wynik wstrząsnął całą Europą. Pokazał jednocześnie, że drużynie nie brakowało nutki bezczelności, by zrewanżować się za zawstydzające męki z tym samym rywalem na Highbury, które skończyły się wynikiem 0:3, i dowiódł, że choć misja o kryptonimie Liga Mistrzów zapowiadała się beznadziejnie, mogła być źródłem natchnienia. Zwycięstwo w Mediolanie zdziałało cuda, jeśli chodzi o wiarę w siebie piłkarzy Arsenalu. Dało także Thierry’emu Henry’emu, który tego wieczora był nie do zatrzymania, szansę na pokazanie wielkiej widowni, że należy do najlepszych piłkarzy świata. Ale dla Arsenalu równie ważne, jak wylansowanie swojej gwiazdy, było udowodnienie, jak szerokim składem dysponuje i jak dobrze potrafi się on zaprezentować.

Z powodu absencji Laurena obrona została przemeblowana. Touré przesunął się na prawą stronę, a miejsce na środku zajął Cygan. Pod nieobecność Vieiry i Gilberto (na ławce rezerwowych) Edu i Ray Parlour nawiązali świetną współpracę w sercu pomocy. Miejsce Bergkampa u boku Henry’ego zajął Kanu, a młody Aliadière wszedł z ławki, by asystować przy ostatnim golu.

Parlour, który tego wieczora był kapitanem, wspomina, że w powietrzu czuło się coś doniosłego. – Ja z Edu w środku pomocy! Niewiarygodny występ. To znaczy: chyba jeden z najlepszych meczów, w jakich grałem. Tamtego wieczora byłem kapitanem i nie mogłem uwierzyć, że Patrick zabrał z powrotem opaskę, kiedy wrócił do zdrowia – Ray uśmiecha się szeroko.

Henry czuł, że zdołali pokazać istotę tej drużyny. – Ludzie zawsze mówią o tych, co zwykle. Ale potrzeba Raya Parloura, potrzeba Edu. Wiem, że Pascal Cygan nie pojawia się w rozmowach, ale tamtego wieczora zagrał świetnie – podkreśla. – Oczywiście, wspaniale, że są gwiazdy, ale my mieliśmy po prostu świetny skład. Nie zawsze wszystko sprowadza się do dwóch, trzech, czterech czy sześciu piłkarzy. Potrzeba niemal 25 zawodników z mentalnością zwycięzców, żeby móc osiągnąć to, co udało nam się w tamtym sezonie.

"La Gazzetta dello Sport" wyjaśniła koszmar Interu obrazem Edvarda Muncha Krzyk, by zilustrować przyczyny porażki. Włosi byli oszołomieni zwłaszcza wyraźnym kontrastem między etosami obydwu klubów. Mediolańczycy wydali około 350 milionów funtów i w poszukiwaniu sukcesu zmienili dziesięciu trenerów w ciągu ośmiu lat od przejęcia klubu przez dobrotliwego tatuśka, Massimo Morattiego. W tym czasie Arsenal zastąpił Bruce’a Riocha Wengerem i wydał ułamek tej sumy.

Było to przydatne studium przypadku, jeśli chodzi o prezentację pożytków płynących ze stabilności i cierpliwego budowania drużyny. Okazało się to interesujące także z tej perspektywy, że przeciążenie zawodników pierwszej jedenastki miało być słabością Arsenalu, a okazało się jego siłą. Skład nie był zanadto rozdęty, przez co czasem Wenger musiał ryzykować, ale jego zoptymalizowane funkcjonowanie oznaczało, że wszyscy czuli się zaangażowani i cenieni ze względu na to, co mogą wnieść do gry.

Porażka z Interem w pierwszym spotkaniu pozostawiła po sobie niesmak. Komik Alan Davies przypomina sobie photoshopowe żarty z wczesnej ery internetu, na których logo sponsora Arsenalu O2 zostało przerobione na 0:3. – Jakiś mądrala od razu na to wpadł – mówi z grymasem niezadowolenia.

Drużyna zareagowała szybko, co spowodowało ulgę i dobre samopoczucie. Ljungbergowi podobało się to, jak zawodnicy się zjednoczyli, by wspólnie zareagować na przeciwności losu.

Kiedy odczuwa się wątpliwości, ważne, by trzymać się razem i pokazać, na co cię stać – mówi. – Jeśli wszystko przez cały czas idzie dobrze, nie przekonasz się, jacy naprawdę są twoi koledzy z drużyny. Niepowodzenia spajają zespół i być może nie byłoby tamtego Arsenalu, gdyby nie porażka 0:3 z Interem. Zawsze graliśmy najlepiej przyparci do muru. Z pewnością mieliśmy wyjątkowy hart ducha i wielką wiarę w siebie nawzajem. Odwrócenie losów rywalizacji to coś wspaniałego.

Tamtego wieczora w drużynie panowała niezwykła atmosfera. Pod koniec, kiedy już załadowali Interowi tyle bramek, gracze Arsenalu tak świetnie się bawili, że śmiali się na boisku. Wyściskiwali się jak bratnie dusze. Wyglądali, jakby spadła z nich presja, która ciążyła na nich do tego momentu sezonu.

Kiedy znaleźli się z powrotem w szatni, delektując się poczuciem szczęścia, Jens Lehmann poprosił o chwilę ciszy. Miał do przekazania drużynie kilka poważnych słów. Gdy przyszedł do klubu, zdołał uniknąć przemowy inicjacyjnej bądź zwyczajowej piosenki, której wymaga się od nowego zawodnika, poprzestając na rzuconym od niechcenia „dzień dobry”. Tej szalonej, deszczowej nocy w Mediolanie poczuł się nagle zmuszony, by powiedzieć, co myśli, i pochwalić wielką zażyłość panującą w drużynie; do tej pory się z czymś takim nie spotkał.

Wenger miał właśnie coś powiedzieć, gdy Jens sam z siebie wstał i ni stąd, ni zowąd się odezwał – wspomina Parlour. Powiedział: "Stałem w bramce i patrzyłem. To było absolutnie niesamowite. Brałem udział w wielu ważnych meczach, ale bycie członkiem tej drużyny to jeden z największych powodów do dumy w mojej karierze". Wenger miał na twarzy uśmiech.

Fragment pochodzi z książki Amy Lawrence "Niezwyciężeni. Arsenal w sezonie, który przeszedł do historii futbolu", która ukazała się 11 kwietnia 2017 roku nakładem Wydawnictwa SQN.