tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

"John Stockton. Autobiografia" – recenzja

Dzielił się piłką najlepiej w historii NBA. W końcu postanowił podzielić się też przemyśleniami. Nie ma tu wielu sekretów szatni. Jest wykład o ciężkiej pracy, która pozwoliła chłopakowi o aparycji prymusa osiągnąć szczyt ligi...
John Stockton (fot. Getty)

Był święcie przekonany, że pierwszy sezon w NBA musi być także... ostatnim. Żył w spartańskich warunkach, jadał odmrażane posiłki i skrupulatnie odkładał każdego dolara. Przygoda przedłużyła się jednak o... osiemnaście lat, a mierzący 185 centymetrów rozgrywający do dziś otwiera zestawienia najlepszych asystujących i przechwytujących z najlepszej ligi świata.

Doskonale pamiętają go ci, którzy z Włodzimierzem Szaranowiczem i Ryszardem Łabędziem krzyczeli "hej, hej, tu NBA". Fantastyczny duet Stockton - Karl Malone dwukrotnie doprowadził Utah do finałów NBA. Tam czekały pamiętne mecze z Chicago Michaela Jordana. W Polsce więcej fanów miały Byki, a styl zespołu z Salt Lake City uznawano za toporny. Po latach jednak nawet najwięksi krytycy wspominają tamtych Jazz z nostalgią.

Co ciekawe, Stockton słabo pamięta boje z Bulls. Mieszają mu się rzuty, zawodnicy, a pomyłki w przypisach prostuje asystujący... najlepszemu asystującemu – Kerry L. Pickett. Pewien niedosyt pozostawiają też wspomnienia z igrzysk olimpijskich w 1992 i 1996 roku. To bardziej kronika rodzinna (zabrał do Barcelony i Atlanty najbliższych) niż pełna anegdot koszykarska historia.

Stockton unika raczej krytyki, a wyjątkiem jest jego zmierzch w NBA. Wszechobecne kamery, social media i koszykarze "podłączeni" do telefonów stały się dla niego trudną do zniesienia rzeczywistością. Bo słynny rozgrywający to wciąż trochę gość z lat 80. i 90. I taka jest jego książka – to po prostu powrót w czasie. Do tamtej NBA.

podobne informacje

Syn Stocktona będzie trenował z Gortatem