tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

"Aniołowie o brudnych twarzach". Książka o argentyńskim futbolu!

Argentyna to jeden z najbardziej zafascynowanych piłką nożną narodów. O tym pisze znakomity brytyjski dziennikarz Jonathan Wilson. Oto fragmenty...
Leo Messi (fot. Getty Images)

"Ludzie znikąd. Nieprzenikniony świat skautów piłkarskich" – recenzja

Wymęczone zwycięstwo na początek turnieju to scenariusz dobrze Argentyńczykom znany, wydawało się więc, że kiedy drużyna zostanie już przy ustawieniu 4-3-3, a jej kluczowi zawodnicy wrócą do zdrowia, w kolejnych meczach będzie dużo łatwiej. Mimo to cały turniej przebiegał w podobny sposób jak spotkanie z Bośnią. Irańczycy bronili się znakomicie, frustrując Argentyńczyków i samemu stwarzając dogodne sytuacje – być może nawet należał im się rzut karny – aż w końcu, już w doliczonym czasie gry, Lionel Messi dostał piłkę po prawej stronie boiska, jakieś dziesięć metrów przed polem karnym rywala. Między nim a bramką znajdowało się 11 Irańczyków, ale on rozejrzał się, przełożył piłkę na lewą nogę, a potem uderzył obok Rezy Ghuczanneżada, ponad Amirem Sadeghim i pomiędzy próbującym interwencji bramkarzem a słupkiem. W każdych okolicznościach byłby to fantastyczny gol, ale zdobyty tutaj, w chwili gdy zirytowany Maradona zdążył już opuścić stadion, wydawał się jeszcze bardziej wyjątkowy: oto lider Argentyńczyków wziął odpowiedzialność za losy meczu i pokazał, że skoro nikt inny nie może trafić do siatki, on to zrobi.

O awans do ćwierćfinału trzeba było grać ze Szwajcarami w São Paulo. Rywale cofnęli się bardzo głęboko, a ich cała strategia sprowadzała się do pozbawiania Messiego przestrzeni na boisku. "Może nam się udać tylko wtedy, jeśli będziemy to robić wszyscy razem – mówił ich trener Ottmar Hitzfeld. – Jeśli będzie trzeba, będziemy go kryć we trzech albo czterech". I tak to właśnie wyglądało: przez cały mecz Messi opędzał się od roju czerwonych koszulek. Argentyna cierpiała. Agüero, któremu odnowiła się kontuzja ścięgna, został zmieniony przez Ezequiela Lavezziego. Messi w zasadzie nie schodził na prawą stronę: grał jak klasyczny "enganche" za dwójką napastników, co być może dodatkowo ułatwiało Szwajcarom krycie. Nagle okazało się, że w całym tym zamieszaniu nie chodzi już o to, czy Argentyna będzie grać dalej, ale o to, czy wypełni się los Lionela Messiego.

Z perspektywy współczesnych rozmów o piłce nożnej wydaje się to zastanawiające: zamiast dyskusji o znalezieniu równowagi w drużynie czy integracji poszczególnych jej elementów wróciliśmy do spojrzenia staroświeckiego. "Jest naszym najważniejszym zawodnikiem, naszym kapitanem i najlepszym piłkarzem świata – mówił później Zabaleta. – My wszyscy gramy dla niego i zdajemy sobie sprawę, ile dla nas znaczy. Mamy wielkie szczęście, że jest Argentyńczykiem. Dlatego zawsze, kiedy udaje się nam odebrać piłkę, próbujemy podawać do niego, jak to do najlepszego, i liczymy na to, że strzeli". Jak zauważył dziennikarz Ken Early, w Barcelonie Messi dostaje piłkę, potem podaje do kolegi i rusza na wolne pole, gdzie mógłby ewentualnie otrzymać futbolówkę po raz kolejny. W Argentynie, kiedy dostaje piłkę, wszyscy pozostali stają i czekają, aż zrobi coś wyjątkowego. W meczu drugiej rundy mundialu w Brazylii po boisku biegały: Szwajcaria po jednej stronie i niezbyt ścisły sojusz Messiego oraz Argentyny po drugiej.

Piłkarze reprezentacji Argentyny (fot. Getty Images)

Do końca regulaminowego czasu gry pozostawało już zaledwie kilka minut, kiedy Messi dostał piłkę z lewej strony boiska, tuż przy linii bocznej. Widać było, jak się rozgląda, a potem – to również dawało się wyczuć – zamyka się w sobie i próbuje rozpocząć kolejną gambetę. Został powstrzymany, ale wrażenie było oczywiste: po raz kolejny próbował samemu znaleźć drogę do wygranej swojej drużyny. Ponieważ do 90. minuty nie padły bramki, sędzia zarządził dogrywkę. Oba zespoły skupiły się wokół swoich ławek rezerwowych. Messi był kapitanem Argentyny – wybór dyktowany po trosze względami sentymentalnymi i potrzebą jak najściślejszego powtórzenia historii Maradony – ale jako ostatni zawodnik dołączył do grupy. Stanął z tyłu, sięgnął po butelkę wody i wylał sobie jej zawartość na głowę. Pierwszy przemówił Sabella, później głos zabrał Mascherano. Messi nie powiedział ani słowa. Czy był to jeszcze jeden przykład cichego przywództwa, o którym mówili jego pierwsi nauczyciele i trenerzy? A może, niezależnie od swojego geniuszu, był kapitanem tylko z nazwy?

W jego minimalizmie zawsze było coś fascynującego. Kiedy patrzyło się na sposób jego gry, można było przecież zauważyć, że choć był zdolny do aktów niezwykłej wirtuozerii, miał również rzadką umiejętność wybierania w każdej sytuacji najprostszych rozwiązań; nigdy nie starał się być szczególnie brawurowy czy przesadnie ekstrawagancki. W spotkaniu ze Szwajcarią dostrzegało się jednak również, że stosunkowo niewiele się rusza. Przez 120 minut przebiegł jedynie dziesięć kilometrów i 700 metrów – najmniej ze wszystkich piłkarzy z pola. Najmniej ze wszystkich graczy z pola wykazywał się też czymś, co FIFA nazywa aktywnością o średniej i wysokiej intensywności. Miał tylko 31 sprintów – i tym razem mniej od wszystkich zawodników z pola z wyjątkiem środkowych obrońców Federico Fernándeza i Fabiana Schära. Kiedy w tej samej rundzie Brazylia pokonywała Chile po serii rzutów karnych, okazało się, że Neymar przebiegł o trzy kilometry więcej od Messiego i wykazywał się aktywnością o średniej i wysokiej intensywności przez 21 minut – przy dziewięciu minutach Messiego; zaliczył też 57 sprintów.

A przecież to Messi kolejny raz wygrał mecz dla swojej ojczyzny. Na trzy minuty przed końcem dogrywki Szwajcarzy przeżyli swój pierwszy moment dekoncentracji. Kapitan Argentyńczyków przyspieszył, osiągając prędkość 27,58 kilometra na godzinę – wedle FIFA był to jego najszybszy bieg w trakcie całego meczu. Spanikowani obrońcy rzucili się w jego stronę, on zaś – faktycznie w sposób, który przypominał nieco zagranie Maradony do Caniggii w meczu z Brazylią sprzed 24 lat, o którym śpiewali teraz argentyńscy fani – posłał piłkę w kierunku Di Maríi. Strzał tego ostatniego nie powtórzył może piękna tamtego gola, ale jego znaczenie nie było wcale mniejsze. Po objęciu prowadzenia Argentyńczycy zaczęli zresztą grać fatalnie, a Blerim Dzemaili niemal doprowadził do wyrównania, główkując z najbliższej odległości w słupek, a potem próbując jeszcze bez powodzenia dobitki kolanem, jednak mecz skończył się wynikiem 1:0. Argentyna awansowała do ćwierćfinału.