tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Adam Ledwoń. Gdy coś w człowieku pęka...

Był piłkarzem od zadań specjalnych. Przeciwników wycinał tak jak karczuje się lasy. – Lubię ostrą grę, ale niektórzy sędziowie przesadzają. Miewam wrażenie, że chcą pokazać mi kartkę już na początku spotkania – mówił. Sobie pokazał czerwoną…
Adam Ledwoń w meczu austriackiej Bundesligi (fot. PAP/EPA/Daniel Krug)

GLIK WALCZY Z URAZEM. KOLEJNE WAŻNE INFORMACJE

Samobójstwo popełnił 11 czerwca 2008 roku. Wspominał o nim wielokrotnie. Znajomi odbierali go jednak mało poważnie, choć kłopoty psychiczne towarzyszyły mu od młodości. Miewał depresje, musiał z ich powodu odpoczywać od piłki. Do śmierci najprawdopodobniej doprowadziło rozstanie z żoną.

Mariola, kiedy wyjeżdżał na mecze czy zgrupowania, wracała do Opola, zostawiała go samego. Z tym nigdy nie mógł się pogodzić. W końcu odeszła bez słowa. To było jakoś w kwietniu, kilka miesięcy przed śmiercią i załamało Adama ostatecznie. Pozabierała karty, a on został na lodzie. Trwał jeszcze rok szkolny. Dostał telefon ze szkoły, gdzie są dzieci – opowiadał na łamach Weszło.com ojciec Ryszard.

Mieszkaliśmy razem w Katowicach jako młodzi chłopcy. Słabo pamiętam, ale byłem świadkiem na jego ślubie albo on na moim. Znam całą rodzinę. Widzieliśmy się krótko przed śmiercią, obaj gościliśmy w studiu telewizyjnym. Kiedy usłyszałem tę wiadomość, zacząłem wydzwaniać do brata, by to sprawdził. Nie mogłem uwierzyć – zawiesza głos Piotr Świerczewski, były reprezentant Polski.

Depresja wśród sportowców. "Problem może się pogłębiać"

Może tego wszystkiego udałoby się uniknąć, gdyby ktoś nad nim zapanował. Próbowałem, ale ówczesny szef GKS Katowice, Marian Dziurowicz był wobec piłkarza pobłażliwy. Wymyślałem kolejne kary, które działały odwrotnie. Dziurowicz wszystkie anulował. Traciłem autorytet. Adam zdawał sobie sprawę, że może więcej niż ja. Poczuł się zbyt mocny. Dziurowicz widział wielki talent, mógł dzięki transferowi zarobić trochę pieniędzy… – kręci głową Piotr Piekarczyk, który prowadził Ledwonia w GKS.

Staraliśmy się okiełznać rogatą duszę. Kiedy pierwszy raz poprowadziłem GieKSę, był bardzo niezdyscyplinowany. Żona często dzwoniła, prosząc byśmy jakoś go opanowali. Daliśmy mu wędkę, chodziliśmy nad staw i łowiliśmy ryby. Pilnowaliśmy jak oka w głowie. Czasami wydawał się spokojny, a to była cisza przed burzą. Wystarczył jeden telefon od kolegi z Opola i wracaliśmy do punktu wyjścia; chłopak znikał na dzień lub dwa. Przy moim drugim podejściu takie wypady nadal się zdarzały, lecz miały miejsce zdecydowanie rzadziej. Zmężniał, wraz ze Sławomirem Wojciechowskim prowadzili grę zespołu. Może dojrzał do roli lidera – zastanawia się Piekarczyk.

Zamiłowanie do nocnych eskapad pokazywał również w reprezentacji. Na jedną z nich ruszył wbrew zakazowi selekcjonera. W dyskotece zamierzał błyszczeć dzięki garniturowi PZPN. Wymykając się z hotelu, zahaczył o ogrodzenie. Podarł spodnie, przez co kolejnego dnia jako jedyny kadrowicz zameldował się na lotnisku w dresie.

Adam Ledwoń (z prawej, fot. Getty Images)

Znany w całej Austrii

Umiejętności piłkarskie doprowadziły piłkarza GKS do Bundesligi. W Bayerze Leverkusen nie zabawił jednak zbyt długo. – Miał problemy z taktyką, nie chciał słuchać. Gdyby rozwijał się szybciej również pod tym kątem, na pewno dałby radę. Tam trzeba biegać tak jak chce trener. Technika i determinacja nie wystarczą – uważa Piekarczyk.

W tych barwach wystąpił ledwie 11 razy, po czym przeniósł się do Fortuny Kolonia. Rok później zrezygnował z występów na zapleczu niemieckiej ekstraklasy. Wybrał Austrię Wiedeń. W nowym kraju dał się poznać jako zawodnik nieustępliwy, a przede wszystkim brutalny.

Takich graczy mało kto lubi, a to oni wykonują czarną robotę. Adam ciężko harował na boisku i ciągnął drużynę. Wskazywał kolegom kierunek. Poza licznymi kartkami, miał znakomitą technikę; potrafił podać piłkę co do metra. Był agresorem, ale niesprawiedliwe byłoby nie docenić jego piłkarskiej klasy – zauważa Radosław Gilewicz, który spotkał się z nim w reprezentacji oraz w lidze austriackiej. Grał przeciwko niemu, a także w jednym zespole.

Determinacja miała również dobre strony. – Pamiętam jak spóźnił się na zgrupowanie kadry za kadencji Janusza Wójcika. To było niezależne od niego, bodaj problemy podczas podróży. Adamowi tak zależało, by do nas dotrzeć, że biegł z torbami. Przebierał się po drodze. W pośpiechu nie założył nawet getrów. Trenowaliśmy na stadionie Legii Warszawa już jakieś 30 minut i wtedy wskoczył zdyszany Adaś, ubrany w strój reprezentacji oraz zwykłe skarpetki. Mieliśmy z tego spory ubaw – mówi Adam Matysek, były bramkarz między innymi Śląska Wrocław i Bayeru Leverkusen.

Depresja – poważna przeciwniczka sportowych karier

"Cuchniesz Polską"

Uwielbiał prowokacje, ale też często padał ich ofiarą. – W szatni toczyły się rozmowy, by już na początku ofensywni piłkarze po jego ataku symulowali. Sędzia szybko sięgał po żółtą kartkę, więc do końca meczu był spokojniejszy – opowiada Radosław Gilewicz, który spotkał go w Austrii Wiedeń.

Najsłynniejsza sytuacja zdarzyła się jednak po spotkaniu. Były piłkarz SV Mattersburg, Dietmar Kuehbauer miał stanąć do wywiadu z polskim pomocnikiem, ale powiedział głośno: – Z tym śmierdzielem nie będę występował. Cuchniesz Polską!

Reakcja była natychmiastowa. Rzucił się na Kuehbauera, a w trakcie bójki wykrzykiwał, by Austriak wziął swój traktor i uciekał prędko, nazywając go wieśniakiem ("Bauer" w języku niemieckim oznacza "chłop").

Polskie media szybko podchwyciły temat. "Super Express" przed meczem z Austrią na Stadionie Śląskim zaprezentował fotomontaż – Kuehbauera w masce gazowej. Sugerowano, by skorzystał z niej, by nie wdychać naszego powietrza. Oliwy do ognia dolał Andrzej Niedzielan. – Chętnie kupię mu butelkę perfum, żeby nie musiał wdychać polskiego powietrza – rzucił.

Kuehbauer tłumaczył później, że nigdy nie miał problemów z Polakami. Niesmak pozostał, choć – jak twierdzi Gilewicz – to był ostatni element jego brudnej gry.

Mówiło się, że nie lubi Polaków, tak samo traktował piłkarzy z Bałkanów. Narzekali nawet Austriacy występujący z nim w reprezentacji. Bywał bardzo nieprzyjemny. Prowokował nieustannie, prowadząc podwójną grę. Przeciwnicy często pękali. Liczył na to, że zrobią krok w tył. Trafił na Adama, który zawsze szedł do przodu... – wspomina Gilewicz.

Pogrzeb Adama Ledwonia (fot. PAP/Krzysztof Świderski)

Bez hamulców

Dokładnie tak samo Ledwoń zachowywał się w szatni i podczas wywiadów. Nie bał się skrytykować Pawła Janasa, gdy ten powołał rezerwowego Bayeru, Radosława Kałużnego.

Adam nie miał hamulców i czasami przesadzał. Gdyby jakiś piłkarz wypowiadał się w ten sposób dziś, zapewne szybko zostałby zmarginalizowany. Pamiętam, że w Austrii Wiedeń po przyjściu nowego trenera miał niejasną sytuację. Ze szkoleniowcem pojawiło się kilku piłkarzy, w tym ja. Drużyna wiedziała, że w następnym okienku transferowym paru będzie musiało odejść. Nazwisk nie podano. Adam nie miał dobrych kart, ale pracował bardzo ciężko i nie sprawiał problemów – wspomina Gilewicz.

W ostatnich dniach był bardzo aktywny medialnie. Odwiedzał studio telewizji Polsat, która przeprowadzała transmisję z Euro 2008. – Jak to po robocie, zdarzyło nam się wyjść na piwko. Gadaliśmy, żartowaliśmy. Nie dawał po sobie poznać, że coś jest nie w porządku. Niestety, depresji nie widać. Śmieszkował, a przez jego głowę musiały przemykać inne myśli. Nadal trudno zaakceptować tę tragedię – zawiesza głos Świerczewski.

Kilka dni przed spotkaniem z gospodarzem turnieju Ledwoń udzielił jeszcze wywiadu portalowi Weszło.com. – Jeśli nie wygramy, to się zabiję! – deklarował. Odszedł dzień przed tym meczem...

Mateusz Karoń

najpopularniejsze

Nowakowski: Heynen "kozaczących" sprowadza do parteru

GOL! Polska – Irlandia 1:1: bramka Mateusza Klicha

Mecz towarzyski: Polska – Irlandia 1:1 (skrót meczu)

Boks: walka o pas WBC International, Filip Hrgović – Amir Mansour

Złotka wierzą w Polaków. "Umieją przycisnąć przeciwnika"