tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Królestwo dezorganizacji, czyli hiszpański futbol w pigułce

W Hiszpanii trwa skandal związany z byłym już selekcjonerem kadry Julenem Lopeteguim. Winą za sytuację obarcza się Real Madryt, ale także władze federacji, które dały pokaz pod tytułem "Tak nie powinno się zarządzać”. W futbolu rodem z kraju Cervantesa to żadne novum – przykładów braku organizacji jest mnóstwo.
(fot. Getty Images)

"FOOTROLL" WYBRAŁ SKŁAD NA MUNDIAL. SĄ NIESPODZIANKI

Klauzule na "ozdobę"

W letnim okienku 2017 roku hiszpańską piłką wstrząsnęły dwa, nietypowe transfery. O głośniejszym, czyli przenosinach Neymara do Paris Saint-Germain, usłyszał cały świat. Francuski klub nie skonsultował z Barceloną zakupu Brazylijczyka, wręcz "ukradł" drugiego najważniejszego piłkarza w katalońskim zespole…

Tyle że działacze z Camp Nou sami doprowadzili do tej sytuacji. W trosce o samopoczucie Lionela Messiego przy renegocjacji kontraktu Neymara zadbali o to, aby klauzula wykupu Brazylijczyka nie była wyższa od tej w umowie Argentyńczyka (wówczas 300 milionów euro). Wpisano więc "222 miliony euro", myśląc, że nikt nie jest w stanie wyłożyć takich pieniędzy. Do tego przyłożył się też ojciec gracza, który w przeciwieństwie do działaczy dobrze rozeznawał się w swoich interesach.

Myślenie w Barcelonie było błędne u podstaw. Kontrakt Neymara renegocjowano na jesieni 2016 roku, tuż po głośnych przenosinach Paula Pogby do Manchesteru United. Transfer Francuza zwiastował sporą inflację na piłkarskim rynku transferowym, zaś biorąc pod uwagę, że Brazylijczyk był graczem i lepszym, i mocniejszym z marketingowego punktu widzenia… Można i trzeba było zakładać, że zjawi się ktoś, kto zechce wydać na niego 222 miliony euro.

Po fakcie Barcelona była gotowa donieść na PSG do UEFA w związku ze złamaniem zasad Finansowego Fair-Play. Abstrahując, czy do tego doszło czy nie, zachowanie działaczy należy określić jako kuriozalne, wysoce kuriozalne. To oni umieścili w kontrakcie Neymara klauzulę wykupu na pułapie 222 milionów euro, a w hiszpańskiej rzeczywistości prawnej egzystowali od lat – musieli więc wiedzieć, że taki zapis pozwala na pozyskanie piłkarza wbrew woli klubu, niemal bez jego wiedzy. Sama Barcelona skorzystała zresztą na tym, gdy w 1997 roku kupiła Rivaldo z Deportivo La Coruna.

Drugim transferem-absurdem były przenosiny Vitolo z Sevilli do madryckiego Atletico. Działacze z Andaluzji ogłosili, że zawodnik odnowił kontrakt z klubem, aby kolejnego dnia dowiedzieć się, że w siedzibie federacji zdeponowano 40 milionów euro – kwotę z klauzuli wykupu pomocnika.

Haczyk w tym taki, że do porozumienia z Atletico Vitolo doszedł już wcześniej. Po czym zerwał je, prawdopodobnie ze zniecierpliwienia, wrócił do negocjacji z Sevillą, a gdy rozmowy zakończyły się sukcesem, prezes ogłosił pozostanie gracza i brakowało tylko podpisu na nowym kontrakcie… Znów odezwał się klub z Madrytu. Niepoważnie zachował się i gracz, i kluby.

Cristiano Ronaldo (fot. Getty Images)

Fiskalny haracz?

Od kilku lat w Hiszpanii trwa obława na zawodników, którzy znaczne środki pozyskują z dysponowania prawami wizerunkowymi. Mimo informowania urzędu skarbowego, odprowadzania pewnych środków, nikt do końca nie wie, ile i jak mają odprowadzać do fiskusa najwięksi gracze.

Widmo tyrady ze skarbówką w przeszłości dotknęło Lionela Messiego, który ostatecznie proces przegrał. Potem z zarzutami fiskusa borykali się tacy piłkarze jak Xabi Alonso, Radamel Falcao czy Cristiano Ronaldo – spór Portugalczyka wciąż trwa – ale jasności brakuje nadal.

Nie pomagają częste zmiany w prawie. Przepisy o odprowadzaniu pieniędzy do rajów podatkowych modyfikowano w ostatnich latach, stąd największe nasilenie działań urzędu skarbowego wobec piłkarzy nastąpiło do 2015 roku. Zabawna część sprawy jest taka, że… na "wojnę" ze skarbówką nie idzie niemal żaden z piłkarzy.

W przeszłości zdecydował się na nią Xabi Alonso, jednak większość graczy stara się o ugodę i wpłacenie zaległej kwoty plus kary. Wyjątkiem jest Cristiano Ronaldo, którego sprawa niemal nie posuwa się do przodu od lata zeszłego roku – Portugalczyk jest pewny, że prawa nie złamał, a organy prawne choć mają "mocne dowody" jak do tej pory nie skierowały sprawę na rozprawę.

Z boku może to wyglądać jak masowa próba wyłudzenia pieniędzy poprzez ugody… gracze wolą wybierać bezpieczną, choć kosztowną opcję, bo po zmianach prawnych za odprowadzenie środków do rajów podatkowych grozi bezwzględne więzienie. Gdy sądzono Messiego można było za to otrzymać karę mniejszą niż 24 miesiące więzienia – wówczas w Hiszpanii nie idzie się do więzienia. Teraz przepis jest kwalifikowany, to znaczy surowszy, a potencjalna kara większa niż 24 miesiące.

Sędziowanie rodem z Trzeciego Świata

Od lat mocno i zasadnie krytykuje się hiszpańskich sędziów. Mylą się w każdą stronę, choć w sezon w sezon prasa związana z największymi firmami La Ligi, a więc FC Barcelona i Realem Madryt, stara się udowodnić, że bardziej "okradziono" jej zespół.

W efekcie tracą wszyscy, a przede wszystkim transparentność rozgrywek i tabeli. Jaskrawym przykładem jest nieuznany gol Leo Messiego z meczu z Valencią z listopada 2017 roku. Po strzale Argentyńczyka piłka bardzo wyraźnie przekroczyła linię bramkową, ale nie zobaczyli tego ani arbiter główny, ani jego asystenci. W efekcie Barcelona straciła dwa punkty, bo spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1.

Julen Lopetegui (fot. Getty Images)

Pośpiech na siłę gwoździem do trumny

Sprawa byłego selekcjonera Hiszpanów to emanacja problemu z klauzulami. Takie zapisy muszą się znaleźć bowiem także w kontraktach trenerów. Właśnie w tym miejscu działacze popełnili główny, ale nie jedyny błąd w sprawie nowego szkoleniowca Królewskich.

Kadencja Julena Lopeteguiego obfitowała w sukcesy – Hiszpania przeszła przez eliminacje jak burza i nie przegrała z tym szkoleniowcem na ławce choćby meczu. Gdy Luis Rubiales w maju 2018 roku obejmował stanowisko prezesa federacji wiedział, że najważniejszym i priorytetowym zadaniem będzie odnowienie umowy z selekcjonerem, ponieważ stara wygasała tuż po zakończeniu mundialu.

Wziął się do pracy i szybko osiągnięto porozumienie. 22 maja ogłoszono, że Lopetegui zwiąże się z kadrą na dłużej. Mimo klauzulowego zamieszania z ubiegłego roku popełniono jednak błąd. Ktoś wpadł na pomysł, żeby szkoleniowcowi uznawanemu raczej za wziętego umożliwić odejście za dwa miliony euro. To wykorzystał Real Madryt, czyli klub, z którym w przeszłości był związany Hiszpan.

W federacji o sprawie dowiedzieli się na krótko przed oficjalnym ogłoszeniem przez Real osoby nowego szkoleniowca. Puściły nerwy, podjęto nie do końca trafione decyzje, bo Lopeteguiego zwolniono z posady selekcjonera Hiszpanii jeszcze przed mundialem. Efekt? Królewscy nie zapłacą federacji ani eurocenta, za to federacja będzie musiała zapłacić trenerowi za zerwanie umowy. A wystarczyło przecież odsunąć go od pełnionej funkcji, pozostawiając umowę w mocy. W ten sposób przynajmniej zarobiono by na jego odejściu.

Angel Maria Villar (fot. Getty Images)

Nieudolna federacja, nieudolny rząd

Jeszcze przed kilkoma miesiącami nad hiszpańskim futbolem wisiało widmo bardzo szkodliwych w skutkach krótkofalowych, ale ogólnie potrzebnych zmian. W zeszłym roku policja zatrzymała bowiem byłego prezesa federacji Angela Marię Villara, którego oskarżono o korupcję. Tymczasowy zarząd na organizacją przejął skarbnik.

Jesienią zeszłego roku hiszpański rząd postanowił zaradzić sprawie. Najwyższa Rada Sportowa chciała wymusić przeprowadzenie przyśpieszonych wyborów w związku, aby zastępca nie pełnił funkcji jego prezesa zbyt długo. Kłopot w tym, że ingerencja w struktury federacji ze strony rządu jest surowo karana przez FIFA – możliwe było nawet wykluczenie Hiszpanów z mundialu – a tego ruchu nie skonsultowano z organizacją.

Ostatecznie sprawę udało się załagodzić, FIFA nie miała zawiesić Hiszpanii na czas mundialu, a w federacji wybrano nowego prezesa, czyli Luisa Rubialesa. Absurd miał jednak trwać, bo w dniu, w którym wyrzucono Lopeteguiego do dymisji podał się minister sportu Maxim Huerta. Powód? Zarzuty korupcyjne. Człowiek, który chciał naprawić skorumpowaną RFEF najprawdopodobniej sam nie był "czysty".

Czubek góry lodowej

Wszystko, o czym wspomniano wyżej, to ledwie przebłysk tego, co działo się w ostatnich latach. Kłopoty organizacyjne w hiszpańskim futbolu są normą. Kluby eksperymentują, miewają poważne kłopoty z zarządzaniem finansami i strukturą właścicielską (przykładem problemy Malagi i budowa stadionu Valencii). Trenerzy często tracą pracę "bo tak", jak to wielokrotnie bywało choćby w Realu Madryt. Czasem muszą się z nią żegnać z zupełnie innych pobudek – wspomnieć tylko Marcelino Garcię Torala, który obecnie pracuje w Walencji. Hiszpan wcześniejszą posadę w Villarrealu stracił, bo… oskarżono go o podłożenie się w "meczu o nic" z zespołem z rodzinnych stron.

Nad Wisłą przywykliśmy myśleć o hiszpańskim futbolu jak wzorze – niedoścignionym, pełnym talentu, błysku i piękna. Ogromny potencjał ratuje jednak futbol z Iberii. Pomaga pomysł taktyczny i kultura piłkarska odnosząca się tylko do samego boiska. Organizacyjnie piłce z kraju Cervantesa bliżej do Polski niż krajów, z którymi zazwyczaj walczy o światowe trofea. Nie jest dobrze i niewiele wskazuje, że będzie lepiej.

Wszystkie gole Iniesty dla Barcelony

najpopularniejsze

Nowakowski: Heynen "kozaczących" sprowadza do parteru

GOL! Polska – Irlandia 1:1: bramka Mateusza Klicha

Mecz towarzyski: Polska – Irlandia 1:1 (skrót meczu)

Boks: walka o pas WBC International, Filip Hrgović – Amir Mansour

Złotka wierzą w Polaków. "Umieją przycisnąć przeciwnika"