tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Trener MKS Perła Lublin o nieudanym ataku na LM i kulejącym szkoleniu [WYWIAD]

W ubiegłym sezonie potrójna korona, w tym zimny prysznic... Piłkarki ręczne Perły Lublin liczyły na udane występy w Lidze Mistrzyń, a potknęły się już w kwalifikacjach. Podobnie zakończyła się walka o Puchar EHF. Trener Rober Lis tłumaczy, dlaczego nie wyszło i czego brakuje drużynie, by zagrać w elicie. Zabrał też głos w sprawie szkolenia – od wielu lat Lublin nie potrafi wychować swojej zawodniczki.
Robert Lis: czego nam brakuje do Ligi Mistrzów? Pieniędzy...
Robert Lis (fot. TVP); Joanna Szarawaga, Kinga Achruk (fot. PAP)

Suchar, łzy i protest żółtych kamizelek. Podsumowujemy ME 2018

Damian Pechman, SPORT.TVP.PL: – W ubiegłym sezonie czego pan nie dotknął, zamieniał w złoto – mistrzostwo, Puchar Polski i Puchar Challenge. Zaskoczenie?
Robert Lis, trener MKS Perła Lublin: – Rzeczywiście, ubiegły sezon był dla nas wyjątkowo udany. Przychodząc tutaj wiedziałem, że będę walczył o najwyższe cele. Ten klub zawsze walczy o pełną pulę. Spodziewałem się jednak, że – zwłaszcza o mistrzostwo – przyjdzie nam stoczyć ciężki bój. Mimo różnych problemów, które nas spotkały – związanych z kontuzjami, składem i terminarzem – dziewczyny wytrzymały i należą im się słowa podziwu.

– Kolejny sezon miał być dla klubu kolejnym krokiem w Europie. Liga Mistrzyń okazała się poza zasięgiem.
– Zacznę od tego, że musieliśmy przemeblować skład – taką decyzję podjęliśmy razem z zarządem. Po udanym sezonie przyszedł czas na zmiany, prędzej czy później musiało to nastąpić. Niestety, nie udało się wkomponować w skład wszystkich zawodniczek. W turnieju kwalifikacyjnym do Ligi Mistrzyń widoczna była różnica klas. Pokazało to spotkanie z niemieckim Bietigheim. Mamy budżet, żeby walczyć o mistrzostwo Polski, ale w europejskich pucharach potrzebna jest inna jakość.

Ogromna radość! Lublinianki wzniosły puchar w górę

– Jak dużym ciosem było to, że nie dostaniecie miejsca w Lidze Mistrzyń, ale będziecie musieli o nie walczyć w kwalifikacjach?
– Przyznam szczerze, że planując zmiany i przemeblowanie składu, zakładałem, że dostaniemy to miejsce. Nawet gdyby faza grupowa była nieudana, to trafilibyśmy w styczniu do Pucharu EHF. Tam w grupie rozegralibyśmy również sześć spotkań. Dawka dwunastu meczów pomogłaby drużynie się zintegrować i nabrać doświadczenia. Niestety, nie udało się... Skończyło się tylko na dwumeczu w turnieju kwalifikacyjnym do LM, a później na dwumeczu z Besancon w eliminacjach Pucharu EHF. Trudno, taki jest sport. Nie można wygrywać cały czas, nikt nie ma na to recepty.

– No właśnie, pocieszeniem miał być występ w Pucharze EHF...
– Teoretycznie powinno być łatwiej, bo drużyna z Francji była słabsza od Bietigheim. Niestety, pierwszy mecz z Besancon zakończył się tylko remisem i to sprawiło, że w rewanżu – na wyjeździe – byliśmy w gorszej sytuacji. Nas rozbił fizycznie mecz, który musieliśmy rozegrać kilka dni wcześniej w Szczecinie. Tymczasem Francuzki miały tydzień wolnego. Oczywiście to łatwe wytłumaczenie, ale federacje we Francji czy Hiszpanii już dawno zrozumiały, że kluby, które grają w europejskich pucharach, rozsławiają piłkę ręczną. Dlatego dostają wcześniej tydzień wolnego. Tak było już w czasach, gdy ja grałem we Francji. Niestety, u nas jest inaczej. Ważne, aby w związku ktoś o tym pomyślał i wyrównał szanse polskich drużyn w europejskich pucharach.

Myślimy i marzymy, żeby tutaj była Liga Mistrzyń. Zobaczymy, czy dostaniemy ją ot tak, czy trzeba będzie o nią walczyć w turnieju kwalifikacyjnym. Nie chcę, żeby to były epizody i dostarczanie punktów rywalom, ale żeby drużyna poważnie zaistniała w tych rozgrywkach. Robert Lis, trener MKS Perła Lublin

– Czy w ciągu trzech lat, bo na tyle podpisał pan nową umowę, w Lublinie pojawi się Liga Mistrzyń?
– To bardzo złożone pytanie. Razem z zarządem myślimy i marzymy, żeby tutaj była Liga Mistrzyń. Zobaczymy, czy dostaniemy ją ot tak, czy trzeba będzie o nią znowu walczyć w turnieju kwalifikacyjnym. Żeby w ogóle o tym myśleć, trzeba zdobywać tytuły mistrza Polski. To jest pierwszy krok. Na pewno chcemy zaistnieć w Europie. To jest nasz cel i będziemy do tego dążyć.

Graliśmy w Challenge Cup; tam mecze były zacięte, ale wygrane. Później zderzyliśmy się z Ligą Mistrzyń... Nawet w meczach towarzyskich, które graliśmy na Węgrzech, to nie wyglądało najlepiej i różnica była spora. W Pucharze EHF pewnie byśmy powalczyli, ale nie dostaliśmy się… W naszych planach długoterminowych jest gra w Lidze Mistrzyń. Nie chcę, żeby to były epizody i dostarczanie punktów rywalom, ale żeby drużyna poważnie zaistniała w tych rozgrywkach.

– Gdy przychodził pan do Lublina, to nie ingerował w transfery tłumacząc, że się pan na tym nie zna. Teraz było inaczej. To znaczy, że posiada pan już drużynę, jakiej pan oczekiwał?
– Nie do końca. Nie wszystkie transfery udało się przeprowadzić, nie wszystkie zawodniczki były dla nas dostępne, nie na wszystkie było nas stać. Budowa drużyny trwa. To jest proces, nie da się tego zrobić w jeden sezon. Z transferami bywa tak, że są udane albo nie. Nikt nie ma złotej ręki do transferów. Starałem się sprowadzić zawodniczki, które by pchnęły zespół do przodu. Mam nadzieję, że z czasem się to zazębi i wkomponują się tak, jak powinny. Wiem, że każdy by chciał, żeby już po 2-3 miesiącach wszystko funkcjonowało idealnie. Niestety, to niemożliwe. Potrzebujemy też więcej okienek transferowych. Zobaczymy, może jeszcze jednego albo dwóch.

– Dobrze, ale jak pan ocenia letnie transfery?
– Jeszcze za wcześnie. Rozegraliśmy dopiero kilkanaście meczów w lidze, z czego mocnych może trzy lub cztery. Poczekajmy aż sezon się skończy. Trudno jest oceniać w piłce ręcznej cokolwiek w trakcie sezonu. Niezależnie od tego, czy idzie bardzo dobrze, czy bardzo źle. Czasami przychodzi miesiąc, gdy wszystko się zazębia i funkcjonuje bardzo dobrze. Myślę, że dwumecz z Besancon, czy spotkanie w Szczecinie sprawią, że ta drużyna się zintegruje. To było już widać, że dziewczyny złapały wspólny rytm i wolę walki. Nie oznacza to, że tego wcześniej nie było. Jednak wyglądało to obiecująco i mam nadzieję, że będziemy dalej robili takie postępy.

Złota dla Perły! Zobacz dekorację mistrzyń Polski

– Pytałem o Ligę Mistrzyń, ale muszę też zapytać o wychowanki klubu. Czy w ciągu kolejnych trzech lat pana pracy co najmniej jedna pojawi się w pierwszej drużynie?
– Bardzo bym chciał. Mamy rozbudowaną akademię, ale nie da się tego zrobić tak "hop siup". Pewne rzeczy były zaniedbane. Potencjał jest olbrzymi, jest dużo dziewczynek, które chciałyby tutaj trenować. Trzeba jednak zacząć od podstaw. Może pojawi się jakaś niespodzianka? Na razie nie chcę o tym mówić, bo to melodia przyszłości. Bardzo bym chciał, żeby zawodniczki z Lublina – jeśli nie stanowiły o sile zespołu – to były obecne w pierwszej drużynie.

– Co zostało zaniedbane i funkcjonowało źle, że dziewczyny, które kończyły wiek juniorki, nie trafiały do pierwszego zespołu?
– Za krótko tutaj jestem, żeby to oceniać czy komentować. Po prostu w drużynie pierwszoligowej nie ma na tyle wartościowych zawodniczek, żeby uzupełnić kadrę pierwszego zespołu. Takie są fakty. Dlaczego tak jest? To nie do mnie pytanie. Nie chciałbym o tym rozmawiać.

– W piłce ręcznej jest pan jednak długo. Jak to jest z systemem szkolenia w Polsce? Istnieje naprawdę czy tylko w teorii?
– Myślę, że istnieje. Od dłuższego czasu o tym się mówi i nad tym się pracuje. Proces szkolenia trwa wiele lat. Nie jest tak, że coś sobie ustalimy i w ciągu roku będą efekty. Może coś wcześniej zostało zaniedbane, a może po prostu nasze talenty się skumulowały i wybuchły w jednym momencie. Mam swoje teorie, ale nie chcę o nich opowiadać.

– Przez wiele lat grał pan we Francji, która może stanowić dla nas wzór. Co roku wypuszczają w świat mnóstwo zdolnych piłkarzy ręcznych i piłkarek ręcznych. Czy można to przenieść na polski grunt?
– Francuski system szkolenia jest idealny. W każdym roczniku mają kilka zawodników i zawodniczek na bardzo wysokim poziomie. Czy da się to przenieść do Polski? Na pewno tak, ale to – jak wspomniałem – długi proces. Nie mówmy tylko o Francji, ale mamy też przykład Danii, która jest o wiele mniejsza od Polski, a ma wybitnych zawodników. Nad tym trzeba się zastanowić i to nie jedna osoba, ale cała grupa ludzi, którzy są za to odpowiedzialni. Pomysłów jest dużo, ale trzeba wybrać jeden program i zacząć go realizować.

Iza Puchacz często łapie mnie za rękę i mówi: "Robert, uspokój się, kontroluj się". Jeśli są jakieś problemy, to dziewczynom łatwiej z nią porozmawiać niż ze mną. Jest takim pośrednikiem i znakomicie się z tej funkcji wywiązuje. Robert Lis, trener MKS Perła Lublin

– Wielu trenerów podkreśla, że problemem nie są talenty, bo je mamy. Co się z nimi dzieje, że po drodze znikają?
– Często zdarza się, że zawodnik, który jest w 7-8 klasie szkoły podstawowej, jest wybitny, a później przestaje się rozwijać i inni go wyprzedzają. O talentach możemy mówić dopiero w grupach młodzieżowych. Tutaj z wynikami jest słabo, jeśli nie bardzo słabo. Wszystko od tego się zaczyna. Jeśli zawodnicy nic nie znaczą na arenie międzynarodowej, to trudno, żeby kilka lat później stanowili o sile pierwszej reprezentacji. To wszystko wiąże się ze szkoleniem, żeby w okresie szkoły podstawowej wybrać tych najlepszych. Selekcja powinna być lepsza, a może nie lepsza, ale bardziej skuteczna niż do tej pory.

– W Lublinie oczekuje się, że skupi się pan tylko na pierwszej drużynie, czy zainteresuje także pracą u podstaw?
– Mamy ludzi, którzy są za to odpowiedzialni; ja jestem odpowiedzialny za pierwszą drużynę. Tylko i wyłącznie. Oczywiście, współpracuję i z trenerami grup młodzieżowych, i drugiej drużyny, która występuje w 1. lidze.

– Nigdy nie żałował pan, że przyjął ofertę Perły?
– Nie. Myślę, że to bardzo interesujące doświadczenie. Wielokrotnie mówiłem, że byłem zaskoczony i zszokowany propozycją. Bardzo długo się zastanawiałem. Teraz złapałem już rytm i wspólny język z dziewczynami. Razem dążymy do tego, żeby grać jak najlepiej.

– Niewiele osób wie, że nie byłoby pana tutaj, gdyby nie dwie osoby – duński trener Ulrik WIlbek i żona Magda.
– To prawda. Wilbek wcześniej prowadził reprezentację Danii kobiet i osiągał sukcesy, później powtórzył to z mężczyznami. Pomyślałem, że skoro jemu się udało, to dlaczego mam się wahać. Uznałem, że warto spróbować, bo przecież zawsze mogę wrócić do męskiej piłki ręcznej. A żona? Wiedziała, że gdy zostanę w domu, to będę bardzo zły. Huśtawka nastrojów, którą miałem, była nie do zniesienia. W niedzielę dostałem propozycję, w piątek musiałem dać ostateczną odpowiedź. W ciągu kilku dni moja żona odebrała ode mnie chyba największą liczbę telefonów. Co godzinę zmieniałem zdanie. W końcu krzyczała na mnie, żeby dał jej spokój i robił, co chcę. Walczyłem z myślami, ale chyba dobrze wybrałem i wszyscy są zadowoleni.

Dekoracja lublinianek. MKS Perła z Pucharem Polski

– Czy zmienił się pan jako trener?
– Zbieram bardzo cenne doświadczenie. Z jednej strony mam na myśli pracę z kobietami, z drugiej pracę na najwyższym poziomie. Do tego doświadczenie w europejskich pucharach. Każdy trening, każdy miesiąc, każdy sezon sprawia, że staje się lepszym trenerem.

– Zmienił się pan też pod względem charakteru?
– To już nie do mnie pytanie... Myślę, że nie.

– Zapytam inaczej. Izabela Puchacz pełni tylko rolę asystentki, czy także strażaka, który musi gasić pożary?
– Może nie strażaka, ale osoby, która mnie uspokaja. W pewnych momentach łapie mnie za rękę i mówi: Robert, uspokój się, kontroluj się. Raz na meczach, dwa w relacjach z dziewczynami. Jeśli są jakieś problemy czy trudne sytuacje, to łatwiej im z porozmawiać z Izą niż ze mną. Jest takim pośrednikiem i znakomicie się z tej funkcji wywiązuje. Zasłużyła na ogromny szacunek. Jej pomoc jest ogromna.

Andrzej Kraśnicki, prezes ZPRP: będę obserwował trenerów. Nie będzie postępu, będą zmiany [WYWIAD]

najpopularniejsze

Ojciec Emiliano Sali: mam nadzieję, że znajdą go jak najszybciej

Short track, PŚ w Dreźnie. Natalia Maliszewska trzecia w finale na 500 metrów

"Niesprzedana jedenastka": Lech Poznań (odc. 7)

Magazyn piłkarski "4-4-2" (04.02.2019) – Wilkowicz, Żelazny, Engel

"Złowione w sieci". Wielka walka Polaka i powrót Mostowiaka