tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Zaufać linie i ubezpieczającemu. Taniec na skałach w Australii

Kiedy pod nogami nie ma oparcia, a do ziemi jest ponad 10 metrów, trzeba zaufać linie i ubezpieczającemu. W Australii robią to nawet kilkuletnie dzieci.
Australia potrafi zaskoczyć nietypowymi widokami (fot. Getty/archiwum prywatne)

Niedaleko od Katoomby, sławnych Trzech Sióstr zdobiących australijskie Blue Mountains (Góry Błękitne), są miejsca, o których amatorzy wspinaczki marzą. Skały z przygotowanymi trasami dostępne dla każdego, kto tylko wie, w którą dróżkę z głównej drogi skręcić. Pasjonaci wiedzą dobrze. Jeśli ktoś im nie podpowiedział, mają przewodniki z dokładnym opisem ścian wspinaczkowych, stopnia trudności i zdjęciami ułatwiającymi lokalizację.

Jak na safari

Zwykłym samochodem osobowym mało kto się tu zapuszcza. Najlepsze są te z napędem na cztery koła. Zakręt w lewo, kończy się asfalt, zaczyna szuter, wyboje, balansowanie od lewej do prawej. To pora upałów, termometr wskazuje ponad 30 stopni, zieleń nie jest tak soczysta, lasy wysuszone, spod kół unosi się kurz. Nagle na pobocze wyskakuje mały zwierzak. Wygląda jak jeż.

– To kolczatka, masz ogromne szczęście, widziałem ją tylko dwa razy w życiu. Australijczycy z Sydney pewnie nigdy – mówi kierowca.

Kolczatka to jeden z dwóch stekowców obok dziobaka. Kolejny wybryk natury, która obdarzyła Australię masą endemitów.

Kolczatka to jedno ze zwierząt charakterystycznych dla Australii (fot. Getty)

Między drzewami, zboczami z wysuszoną ściółką jest parking. To dużo powiedziane – po prostu na placyku zatrzymują się samochody. Głównie jeepy i potężne maszyny, które nie mają problemu. Inne nie mogą ani wjechać, ani wyjechać.

Węże i liny

Plecak założony, trzeba iść. Po lewej malowniczy obrazek. Trochę jak kanion. Woda, skałka, a na niej kilkanaście osób, próbujących wspiąć się dość szybko. Komu się powiedzie, w nagrodę może zeskoczyć. A jak się nie uda?

– Spadną do wody, tylko tyle – słyszę w odpowiedzi.

Ale nie to miejsce jest celem wyprawy. Zaczynają się schody. W przenośni. Pod górę, wśród traw. Czy są węże?

– Zdarzają się. Ale raczej go zobaczysz, zanim będziesz miał problem – to zdanie niekoniecznie uspokaja. 20 z 25 najbardziej jadowitych węży świata żyje w Australii.

Po kilku minutach drogi jesteśmy na miejscu. Skała, a za nią nic. Odpowiedzi należy szukać za krawędzią, spoglądając kilkanaście metrów w dół. Stoi tam kilkanaście osób z linami, objuczonych plecakami. Najczęściej wytartymi, używanymi od dawna, po wielu eskapadach. Wszyscy przyszli w jednym celu: wspinać się.

Wspinaczka jest jedną z wiodących aktywności wśród Australijczyków

Najpierw uprząż, potem węzeł. Podwójny ósemkowy, potem niektórzy dodają zabezpieczający. Jeszcze trzeba sprawdzić, czy wszystko gra – tu nie ma żartów. Dopiero wtedy można zacząć.

Upadek, czyli pomnożyć razy dwa

Najtrudniej ma ten, który jak mówią tu jest "lead", czyli prowadzi. Zakłada ekspresy (obrazowo: klamry, które przytwierdza do ściany i liny), wspina się tylko z częściowym zabezpieczeniem. Najgorszy jest pierwszy punkt asekuracyjny. W razie niepowodzenia trzeba wierzyć, że ubezpieczający wraz z innymi wspinającymi się pospieszą z pomocą i uchronią przed twardym lądowaniem na skałach, w najlepszym przypadku na ziemi.

Drugi punkt też jest niebezpieczny. Odległość od pierwszego do drugiego to tylko połowa ewentualnego upadku. Zawsze trzeba pomnożyć przez dwa – jeśli ktoś odpadnie od skały z wyciągniętą liną gotową do wpięcia. Przeleci do najbliższego punktu i tyle samo poniżej niego. Czasami oznacza to spotkanie z podłożem. Im wyżej, tym bezpieczniej. Też można spaść, ale unikając kontaktu z ziemią.

Pierwsze pytanie często brzmi: czy to jest bezpieczne? – Tak bezpieczne, jak tylko może być – odpowiadają ci, którzy wiedzą o czym mówią.

Należy mierzyć siły na zamiary. Zwłaszcza, robiąc "lead". Tu przeszacowanie możliwości niekoniecznie skończy się tylko otarciami i siniakami.

Australijskie widoki robią wrażenie

Oddać życie w czyjeś ręce

Łatwiej mają ci, którzy wspinają się z liną przepuszczoną przez najwyższy punkt asekuracyjny. Tak zwane "top rope" – po polsku wędkowanie. Są w pełni zabezpieczeni. Spadając, zawisną w powietrzu. Wtedy można spokojnie zejść na dół albo podjąć kolejną próbę, nie tracąc metrów dzielących od podłoża. Ale ich życie spoczywa w czyichś rękach. Asekurujący na dole musi cały czas ściągać linę, koordynując ściąganie z ruchami wspinającego się. Jeśli nie zdąży, upadek zaboli bardziej.

Bywają ściany kilkudziesięcio-, dla śmiałków kilkusetmetrowe. Wtedy robi się "multibelay". Najpierw jeden ustala trasę, drugi przechodzi. Potem odwrotnie, czasem tak samo – w zależności od pewności siebie, doświadczenia. Zdarza się w złych warunkach, że ten na górze nie wie, co się dzieje niżej z partnerem. Jedyną oznaką życia jest zmieniające się napięcie liny.

Zaufanie do ubezpieczającego zmniejsza strach. Kiedy osiągnie się szczyt, należy jakoś zejść, zjechać, a dosłownie mówiąc – zostać opuszczonym. Pierwsza rada: wychyl się, nie trzymaj liny ani skały. Pod nogami 10 metrów, a czasami jeszcze więcej, powietrza. Ubezpieczający ocenia wagę wspinającego się, powoli popuszcza linę. Można się odpychać nogami od skały, skakać – to największa przyjemność. Ale najpierw trzeba zaufać.

Taniec na skałach

Wspinaczka to sztuka. Wspinający się mogą być artystami. Są jak kangury. To widać – lekkość ruchów, niesamowita praca nóg, czucie skał. Czasami trzeba, choć z początku brzmi to niewyobrażalnie, unieść nogę nad wysokość głowy, oprzeć ją o wystający ze skały prożek i wybić. Inaczej trasy się nie przejdzie. Duży biceps nie gwarantuje sukcesu. Bez silnych górnych części ciała trudno o powodzenie, ale bez umiejętnego władania nogami też nie ma szans.

Wspinacze przygotowujący się do wejścia na ścianę

Mistrzowie szukają balansu nawet w kilku gramach. W najdelikatniejszych ruchach, wykorzystują najmniejsze części ciała, nad którymi panują i które mogą wykorzystać. – Daj jeden palec do tej dziurki w skale, klatka piersiowa do skały – usłyszał radę jeden ze wspinających się od wybitnej w tej dziedzinie Australijki. Nagle droga w górę okazała się łatwa, jak nigdy wcześniej. Złapał właściwy balans.

Dziewczyny w mniejszym stopniu mogą polegać na sile ramion, górnych partii ciała. Dlatego ich wspinaczkę ogląda się jak balet w Sydney Opera House albo teatrze Bolszoj. Tańczą na skałach świadome, ile zdziałać można przekładając nogi, szukając oparcia na drobnych skalnych wypustkach. Jest w tym też coś z medytacji. Każdy ruch kosztuje wiele energii. Nieudany oznacza jej utratę. Tu nie wolno się spieszyć. Stanąć, głęboko oddychać, myśleć, gdzie położyć nogę, o co oprzeć palce stóp, co chwycić, czasem tylko małym palcem.

Po latach na skałach pewne ruchy stają się oczywiste. Doświadczenie, wiedza, pokonany strach, którego w pełni wyeliminować się jednak nie da.

Mieć swoją ścianę

Nie ma rywalizacji, są osiągnięcia. Jak wytyczenie własnej trasy. Kto pierwszy odkryje ją na ścianie, skale, ma prawo zaplanować punkty asekuracji, ustalić skalę trudności (oczywiście zgodną z panującymi normami), nazwać trasę. Najlepiej, jeśli ją sam pokona. Kiedy "autor" trasy zawiesi na dole, przy jednym z pierwszych punktów, flagę – inni nie mogą się wspinać. To jedna z panujących w tym świecie zasad. Może chronić prywatność, bo nikogo nie dziwią tu wielkie działki z potężnymi skałami, jaskiniami.

Nawet najmłodsi próbują swoich sił we wspinaczce

Miarą osiągnięć są też "grade", czyli skalę trudności poszczególnych tras. System australijski nie komplikuje sprawy wspinającym się. Im wyższy, tym trudniej. Mistrzowie pokonują trzydziestki i wyższe numery, zaawansowani powyżej 20, okolice 15 niektórzy robią już po kilku próbach, a dziewiątki, dziesiątki to dla tych w miarę sprawnych dobre otwarcie. Zaczynają od "top rope", czyli bezpieczniejszej wersji. Ale każdy pragnie z czasem prowadzić.

Obok ściany od urodzenia

Wspinaczka nie jest w Australii zarezerwowana dla nikogo. To jedna z najbardziej popularnych aktywności w Górach Błękitnych. Natura dała idealne warunki do jej uprawiania. Wśród grupki tych z założonym ekwipunkiem są dzieci. Na oko: 8-latka i 13-latek. Nawet jeśli trochę starsi, to niewielkie przekłamanie. Kilkanaście metrów dalej jest druga ściana, trudniejsza. Kiedy wspinają się tata i mama, dzieci też próbują. Zdarzają się 5-letnie i osiągają szczyt. Żyją obok ściany od urodzenia.

Przychodzą całe rodziny. Młodzi w grupach, zabierają ze sobą psy. Jak na piknik – plecaki, jedzenie, rozmowy. Tylko większość między rozmowami próbuje pokonać kolejną barierę. Każdy ma inną: niektórzy chcą prowadzić, inni czysto przejść trasę, a ktoś po prostu marzy, żeby wreszcie wspiąć się, nawet z upadkami po drodze. Nie ma zawiści ani chorej rywalizacji. Im ktoś trudniejszą część ściany wybiera, tym więcej osób zbiera się, patrząc, doradzając, pomagając, a na końcu często podziwiając. Wymieniają spostrzeżenia, uwagi.

Wszyscy wiedzą, że nikt tu z nikim nie wygra, ani nie przegra. To jest jak taniec. Jeden czaruje krokami na parkiecie, inny myli je co chwilę, ale każdy może mieć przyjemność.

najpopularniejsze

Ostatnie szlify gwiazd. Nadal, Djoković i Federer trenują przed Australian Open

Maciej Stolarczyk: Kuba Błaszczykowski dał nam nowe tchnienie

Policja w siedzibie Wisły. Przeszukano mieszkanie byłej prezes

Paweł Brożek: jestem optymistą, ale usłyszeliśmy już sporo obietnic

Nikola Mazur: jestem zaskoczona wynikiem