tvp.pl informacje sport kultura rozrywka vod serwisy tvp.pl program telewizyjny

Jacek Gmoch, czyli Gmoch Zorba skończył 80 lat

Jak zawsze w Hotelu Sheraton. Jak zawsze przed południem. Jak zawsze stolik przy oknie. Z Jackiem Gmochem, na kilka dni przed ukończeniem przez niego 80 lat, spotkał się Jerzy Chromik. Oto rozmowa niekontrolowana emocjonalnie...
Jacek Gmoch (fot. PAP)

Do kelnerów:

Jerzy Chromik, SPORT.TVP.PL: – Dzień dobry. Przepraszam panów, który jest ulubiony stolik pana Gmocha?
– Wszystkie!

– Najchętniej siada jednak przy oknie...
– Coś dla pana?

– Nie, dziękuję, poczekam z zamówieniem na jubilata.

(...)

Jacek Gmoch:– Przepraszam Jurku, troszkę się spóźniłem!

 – Ależ skąd! Jesteś Jacku przed czasem.
– Jak to?

– Przed czasem, bo jeszcze przed 80. urodzinami.
– He, he. Dobra, dobra, nie dokuczaj mi od początku.

(...)

– Kawa czy herbata?

– Ty się lepiej znasz na tutejszych małych czarnych.
– Wszystkie kawy są tu dobre.

– Zazwyczaj pijam tylko dwie dziennie, ale dzisiaj...
– Źle się czujesz?

– Właśnie, będziemy o zdrowiu rozmawiać. Dzisiaj tylko i wyłącznie o tym.
– Nie tam, ja o zdrowiu nie rozmawiam, bo je mam! He, he...

Przychodzi kelner.

– Moją kawkę proszę, tę co zawsze, ale większą. Z mlekiem sojowym.

– Nie komplikujmy zamówienia. Dla mnie to samo.
– O, woman, go woman... – podśpiewuje jubilat.

– Trzynastego nawet w styczniu jest wiosna, panie Jacku!
– Trzynastego… – nuci rozmówca.

– Ciebie to nie przeraża?
– Nie, nie myślę...

– W piosence jest mowa o grudniu, a ty jesteś z trzynastego stycznia.– He, he, ja ci coś powiem. Grudzień to miesiąc w Polsce dosyć popularny ostatnio.

– Był taki film "January Man".

– Tak.

– Chcemy tego styczniowego osiemdziesięciolatka zaprosić do programu "4–4–2". Porysujesz trochę, będzie miło...
– Dzwonił do mnie Darek Szpakowski.

– Wypadnie czternastego, ale trudno.
– Wyciągniecie pewnie wszystkie kompromitujące mnie filmy.

– Nawet te tajne!
– Ha, ha, pewnie też taki, kiedy dłubię w nosie. He, he…

– Jest minus sześć na zewnątrz. Pamiętasz taką temperaturę w Grecji?

– Tak. To był 2004 rok, igrzyska.

– Ateny.

– W Atenach bardzo rzadko są minusowe. Ale w greckich górach to normalne o tej porze roku. Tam śnieg jest na porządku dziennym, a ośrodki narciarskie nie gorsze niż w Alpach.

– Po cholerę zjeżdżasz do Polski na zimę?
– Ja ci powiem. Taki zwyczaj jest.

Polska na mundialu: trzecie miejsce na MŚ 1974 (reportaż)

Do stolika podchodzi gość i wręcza dwie ulotki reklamowe filmów, które niedługo wejdą na ekrany. Żadnym z nich nie jest druga część "Greka Zorby". Życzy szczęśliwego nowego roku i odchodzi.

Wznawiamy dialog.


– Yyyy. O czym to ostatnio mówiliśmy?

– O zimie w Grecji.
– No to tam wszyscy z południa uciekają do miast, bo cieplej jest. Latem ta moja wioska, która jest 15 km od lotniska Ateny, zapełnia się. To jakby powiat Koropi, a wioska jest przy morzu. Nazwy miejscowości i tak nie zapamiętasz. W sezonie przebywa tam około 5 tysięcy. Mam dom w górach, ale to jest nad morzem.

– Ciekawe...
– Nagrywasz?

– Jak zawsze, na wszelki wypadek. To teraz jest obowiązkowe. Mam taką żelazną zasadę. Niczego nie dopisuję do wywiadów, ale to co powiesz, to jest moje. OK?
– He, he. Dobrze, to pozwolisz, że to ja też sobie nagram.

– Redaktor Przemysław Wilczyński z "Tygodnika Powszechnego" był zdumiony, gdy poinformowałeś go, że nagrywasz dziennikarzy przeprowadzających z tobą wywiady.
– Zaraz wyjaśnię. Pierwszy raz człowieka widziałem, ale każdy młody redaktor ma u mnie 100% zaufania na starcie. Ale ostrożność nie zawadzi. Przepraszam, ale muszę nagrać wstęp do naszego nagrania: "Wywiad jubileuszowy z Jurkiem Chromikiem, z przyjemnością nagrywany po Nowym Roku, 7 stycznia, w poniedziałek. Za oknem minus 7 i siedzimy przy kawie."

– Nie wiemy, czy nie ma tu szumideł, ale bądźmy dobrej myśli, że przynajmniej jeden z nas będzie miał zapis tej rozmowy.
– No dobra, wracamy do rozmowy. Ten redaktor chciał skonfrontować obie książki – twoją ze Strejlauem i moją. Powiedział to uczciwie i za to go cenię. Odpowiedziałem, że nie chcę, bo mam tego dosyć. Dlatego ograniczyłem się do dwóch oświadczeń. Nie wiem nawet, co potem napisał.

– Ważne, co my teraz napiszemy. To po co ci ta Polska zimą?
– Zmieniło się to nam ze Stenią jakieś pięć lat temu. Wnuki są dorosłe, przyjeżdżamy tu dla nich i dla przyjaciół, znajomych.

– No i na styczniowe urodziny. Osiemdziesiątka będzie hucznie obchodzona?
– Nieeee. Ja mogę obiecać, że jak dożyję dziewięćdziesiątki, to huczną zrobię. Ha, ha, ha, ha…

– To ładne oświadczenie! 80 lat to za mały pretekst?
– Za mały. Wielu w tym wieku jeszcze dobrze się prowadzi i sporo znaczy. Szczególnie w czasach, gdy wiedza się dezawuuje, autorytety się przekreśla.

– Boję się granicy 80. To jak punkt K naszego życia…
– Nie strasz mnie! Ha, ha, ha…

– 6 z przodu mnie nie ucieszyła, a ciebie 8?
– Wiek mnie nigdy nie przerażał i nie przeraża. A dlaczego? Nie wiem. To jest wewnętrzne przekonanie. Mam kontakt z ludźmi, nadal umiem myśleć, formułować myśli.

– Nie masz kłopotów z pamięcią, z głową?
– Wiadomo, coś tam się w naszym organizmie zużywa przez lata. Mogę zapewnić, że nie mam demencji, ale pamięć trzeba ćwiczyć. Czasami warto już coś na karteczce zapisać, ale nie ma nic za darmo. Trzeba dbać o umysł.

– Nazwisk często brakuje z przodu głowy i na końcu języka?
– Zdarza się. Nadmiar spotkań i wrażeń może się już w tych półkulach nie mieścić, he, he, he.

Jacek Gmoch (w białej koszulce) w meczu Legia Warszawa – Śląsk Wrocław, 1966 rok (Fot. PAP)

– Jak mnie pytają "czy pamiętasz...?" to od pewnego czasu zasłaniam się powiedzeniem, że mam tylko 500 GB miękkiego dysku i jeśli nie zresetuję go przed snem, to rano mogę nie pamiętać, że mam wstać.
– Ha, ha, ha. Ale nie śpij za długo!

– Kiedyś 10 godzin to była norma, teraz 6 mi wystarcza…
– I bardzo dobrze! To jest zupełnie normalne i zdrowe.

– A ty o której kładziesz się spać?
– Do 70 roku życia wstawałem wcześniej, teraz później chodzimy spać, to i śpię dłużej. A poza tym jest godzina różnicy między Grecją i Polską.

– A przed snem TV czy książka?
– Książka też, ale jedno oko po uderzeniu jest nieco gorsze, więc czytam mniej.

– Dostałeś kamieniem na meczu?
– Z Iraklisem Saloniki graliśmy, jakiś idiota rzucił we mnie. Od tej pory widzę na to oko gorzej.

– Nie nosisz na co dzień okularów?
– Zakładam, ale rano oczy są wypoczęte, więc lepiej ich nie męczyć szkłami. Szczególnie tego słabszego, lewego.

– Jaki jest twój plan dnia?
– Organizuję sobie każdy dzień starannie. Dużo czytam, jestem w kursie. Szkoda mi czasu na Twittera, bo szkoda mi oczu. Nie prowadzę, tak jak Strejlau, codziennego dyskursu. Nie to, że mnie nudzi, ale ten dobry czas mego mózgu chcę wykorzystać na coś innego, wartościowszego.

– A ten dobry czas to…
– Przed północą muszę już spać.

– Każda godzina przed 24 jest droższa…
– Nie droższa, tylko lepsza!

– Tak, lepsza.
– Mówimy o czterech fazach snu. Najważniejsza jest ta REM, kiedy ci powieki mrugają. Wystarczą sekundy, żebyś wrócił do rzeczywistości. Często zasypiasz na chwilę w fotelu?

– Zdarza się…
– No właśnie! To jest to. Przecież żołnierze na wojnie spali w marszu. Inaczej nie mogli.

– Słowem, prowadzisz higieniczny tryb życia 80-latka!
– To cię zaskoczę. Taka wątroba budzi się o szóstej rano!

– Bardzo ciekawe. I od razu musisz coś wypić, żeby miała co robić?
– He, he, he. Może nie aż tak, ale warto o niej pamiętać! Mój syn jest wyczulony na oczyszczanie organizmu z toksyn. Dba o siebie. No to ja mu przypominam, że wszystko zależy od biorytmu, od tego pod jaką szerokością geograficzną jesteś.

– Nie cierpisz na bezsenność?
– Muszę ci powiedzieć, że szybko zasypiam. W młodych latach czytałem takie czasopismo "Dookoła świata" i tam pojawiły się pierwsze w PRL informacje o jodze. Proponowano ćwiczenia relaksacyjne. Schulz przetłumaczył je na niemiecki, ktoś na polski i dzięki temu zacząłem je stosować. Między dwoma treningami zespołu Olympiakosu, choć było to 30 km, wracałem do domu, by się zrelaksować podręcznikowo. 15 minut jadłem, potem 15 minut drzemki na leżąco i budziłem się jak nowo narodzony. Zostało mi to do dziś. To moja recepta na regenerację, bez względu na wiek. Po ostatniej operacji ciężko mi się zasypiało, ale dzięki ćwiczeniom Schulza jakoś dałem radę. Trzeba tylko wyłączyć głowę. Wiesz, dlaczego każą głęboko oddychać? Bo to uspokaja w sytuacjach kryzysowych serce.

– Wątroba, serce, a mnie mnóstwo myśli kłębi się przed snem.
Ja przed snem zamykam zasuwą swój mózg i dzięki temu łatwiej zasypiam.

Strzał półgórny i bonus: "Boniek, tajna broń". RFN – Polska 0:0

– Kurtyna codzienności opada i...
– Tego trzeba się nauczyć, bo łatwe nie jest. Trzeba umieć odpowiednio krążyć gałkami ocznymi, ułożyć je do odpoczynku. Nie będę tego rozwijał, ale to bardzo pomaga

– A przeżyłeś śmierć kliniczną? Wróciłeś z tamtej strony lustra?
– Nie, ale przyśniła mi się śmierć.

– Pani z kosą! Obudziłeś się spocony?
– Yyyy. Jak by to powiedzieć?

– Z pytaniem dlaczego akurat ja?
– Nie, nie, nie. Od razu pomyślałem, że ktoś mi źle pożyczył.

– Strejlau ci dobrze życzy. To nie on.
– Przyśniło mi się, że ktoś mi przywalił siekierą w łeb.

– Na szczęście we śnie!
– He, he, he. Tak, na szczęście. To było ważne obudzenie. No dobra, rzadko mi coś się śni. Mogę powiedzieć, że kiedyś wcale, ale ostatnio…

– Są ponoć tacy szczęśliwcy, którzy nie pamiętają snów.
– Od pewnego wieku pamiętam.

– Od siedemdziesiątki?
– Nie umiem określić od kiedy. Owszem, wcześniej też miałem koszmar. W napięciu przedmeczowym, bodaj przed Apoelem, śniło mi się, że żona wpadła pod motor. Udo pęknięte, kości na wierzchu. Makabra. Na szczęście po obudzeniu była obok mnie…

– I przytuliła…
– Tego akurat nie pamiętam. Takie sny zostają jednak na zawsze. Ja nie wierzę w sny, nie chcę wierzyć!

– Nie bierzesz do ręki senników i nie sprawdzasz, co cię czeka.
– Muszę ci powiedzieć, że mimo podeszłego wieku nie myślę o śmierci.

– Mój ojciec pod koniec życia składał zawsze te same życzenia mamie – jak najdłużej razem! Co zrobisz, jak zostaniesz sam…
– Yyyy. Teraz mi się zdarza. Ostatnio. Dawniej o tym nie myślałem. Wydawało mi się, że będziemy razem zawsze.

– To przychodzi z wiekiem.
– Decydują dolegliwości fizyczne. Podbiec już nie możesz…

– Ktoś mnie przekonał, że mężczyzna w pewnym wieku nie powinien biegać, bo wygląda komicznie goniąc tramwaj.
– Bo tego nie można już nazwać biegiem. Człowiek dostrzega swoje ułomności. I przychodzi świadomość, że kiedyś będzie kres. Nawet nie kiedyś, a niedługo! Bo to może być w każdej chwili. Memento mori!

– Musisz być spakowany codziennie. Jesteś?
– Nie. Jeśli tak myślisz, to tak możesz się zachowywać.

– Czyli odbierać sobie radość następnego dnia. Każdego następnego...
– Trzeba wierzyć w to, że będziesz żył tyle, ile ci dane. Jestem chrześcijaninem, katolikiem, wierzę w Boga!

– Życie po śmierci…
– Wierzę w drugie życie.

– Śmierć cię więc nie przeraża.
– Eee, nie ma takich, którzy nie boją się śmierci, ale wiara pomaga.

– A w modlitwie jest powtarzane "od nagłej i niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie!"
– Chodzi o to, by pożegnać się z tym światem...

– A wielu pragnie śmierci we śnie lub w biegu!
– Trzeba być jednak na nią gotowym.

Jacek Gmoch (w środku) w meczu Polska – Francja, 1967 rok (Fot. PAP)

– Rachunki zapłacone, żadnych długów, rodzina poradzi sobie bez ciebie. Pozostajesz we wdzięcznej pamięci bliźnich.
– Każdy tak by chciał. Całe życie na to pracujesz, ale nie zawsze się udaje. Na koniec tej ziemskiej drogi widzisz więcej, potrafisz wszystko lepiej ocenić. Wiesz, co w życiu zrobiłeś dobrego, a co złego. Ale najważniejszy jest obraz ciebie, który pozostaje po tobie. Grecy mawiają tak często. Niczego w życiu nie żałuję! Jakbym raz jeszcze mógł żyć, robiłbym prawie wszystko tak samo. Bo czyny trzeba odnosić do czasów, w których żyliśmy. A coś ty dziś tak się nastroił na przemijanie i uwarunkowania wieku?

– Bałem się, że po "On, Strejlau" pożegnamy się w gniewie.
– I dlatego tej książki nie przeczytałem. I nie przeczytam.

– Ale ostatnio obiecałeś, że zrobisz to, bo mnie cenisz…
– Kiedyś przeczytam, ale jak będę miał do tego dystans, bo człowiek tak ma, że się zapala. A wiek nakazuje dystans, bądźmy spoko… Przecież są rzeczy ważniejsze. A dlaczego miałbym się na ciebie pogniewać? Ty jesteś tylko autorem tej książki. Jesteś profesjonalistą, pomogłeś mu zaistnieć, zresztą tak samo jak mnie. Spełniłeś swój obowiązek. W tym zawodzie tak jest. To jest twoje posłanie – spisać historię. Jak Długosz.

– Co jest jeszcze powinnością dziennikarza?
– Dziennikarze powinni być obrońcami demokracji. Różnie z tym bywa, zresztą jak w każdym zawodzie. Dziś inaczej patrzę na wasz zawód. Dojrzalej. Jesteście światu potrzebni.

– To nie zgadzasz się z Alem Caponem, że krowy trzeba bać się z przodu, konia z tyłu, a dziennikarza z każdej strony.
– Dobre, ale znam inną przestrogę. Dziennikarz to jest skrzyżowanie skorpiona z gównem – jak nie ugryzie, to pobrudzi. Napisano, że to nauka Gmocha, po aferze na Okęciu.

– Pozwolisz, że się do tego nie odniosę. Zrozumiesz?
– No pewnie.

– Przewinęło ci się kiedyś w kilka sekund całe życie przed oczami?
– Leciałem z Paryża do Londynu na obserwację meczu i na pasie startowym stanął jeden z silników. Jestem człowiekiem wiary, więc nie żegnałem się ze światem. Pilot zdołał wyhamować przed poderwaniem maszyny z płyty. Innym razem przeżyłem w samolocie turbulencje nad Andami. Miło nie było! Z ciekawostek – trzech naszych mistrzów piłki musiałem upijać przed zabraniem ich do samolotu. To taki przerywnik. Masz jakieś radośniejsze pytania?

– Mam. Nie chciałbym zostawiać świata z dużą liczbą wrogów. A ty?
– To nie od ciebie zależy, jak ktoś został twoim wrogiem, bo ktoś inny przeinaczył, nie zweryfikował czyjejś opinii... Nie miałeś na to wpływu.

Dwójka sędziowska. Strejlau: Gmoch zrobił wszystko co mógł jako selekcjoner

– A nie chciałbyś się zobaczyć z tymi, z którymi dawno się nie widziałeś?
– He, he. Wypić kawę, coś sobie wyjaśnić? Zauważyłem. My też nie mieliśmy na co dzień kontaktu, a ostatnio mamy. Była przerwa w relacjach. Może teraz spotykamy się częściej, bo podjąłeś się misji pojednania mnie ze Strejlauem?

– Bardzo mi na tym zależy. Znam was od lat, jesteście w "wieku poborowym", warto pogodzić się ze sobą i ze światem.
– Coś ci powiem. Ja już na ten temat nie mam nic do dodania. Tyle razy o tym rozmawialiśmy…

– To odrzućcie warunki brzegowe – on nie przyniesie ci tego zaświadczenia z IPN, ty nie będziesz już przepraszał go za wywiad w PS, w którym podważyłeś rolę Kazimierza Górskiego i Andrzeja w sukcesach 1974 roku. Podajcie sobie ręce!
– Wiesz co? Nie chciałbym spłycić odpowiedzi ani nikogo obrazić. To wszystko już było i się skończyło.

– I nie wróci więcej. Jak w refrenie piosenki!
– Nie ma innej opcji. I nie ma co wracać do tego!

– A ilu masz takich skreślonych na liście życia?
– Niedużo. Moja mama, jak została sama, bo ojciec sobie inne życie ułożył, odpowiadała na pytania o mego tatę zawsze tak samo – mój śp. mąż nie żyje. Moja żona też nie traci czasu na dyplomację i pojednania.

– Mężczyzna powinien spłodzić syna, postawić dom i posadzić drzewo. No, to jesteś spełniony!
– Syn Paweł, o domu mówiłem na początku rozmowy, posadziłem ponad 110 drzewek oliwnych, ale jeszcze jest miejsce na kolejne. Do tego jeszcze 10 cytrynowych. I jeszcze pomarańczowe…

– To może oznaczać 110 lat życia!
– Miałem sąsiada, który sprzedawał jajka. Jego ojciec miał właśnie 110. Nie chodził, ale lubił pogadać. Zaglądałem do jego pokoju…

Do stolika podchodzi kolejny nieznajomy. 

– Panie Jacku, czy Argentyna w 1978 kupiła sobie tytuł mistrza świata?
– Tak mówił ambasador radziecki na przyjęciu w naszej ambasadzie w Buenos Aires. Wagon złota kosztowało to tamtego dyktatora! Tak powiedział. Ja tylko powtarzam jego słowa. Ponieważ byłem uczestnikiem turnieju, to mówienie tego byłoby nieporządne. Wie pan, takie oskarżenie ma wagę. Ja uważam inaczej. Głupi byłby, gdyby tego nie zrobił! Ratował w ten sposób swoją dyktaturę(...).

Jacek Gmoch z Grzegorzem Latą podczas MŚ 1978 (Fot. PAP)

Wracamy do rozmowy.

– Urodzony trzynastego! Bałeś się trzynastek?
– Nigdy. Ale oceniając racjonalnie dorosłe życie, trzynasty był i dobry, i zły. 60 do 40 na plus. No bo wiesz, ten trzynasty powinien mi pomóc w największych dokonaniach, a szczęścia mi trochę zabrakło.

– A grałeś mecze trzynastego?
– Nie pamiętam, musiałbym sobie sprawdzić.

– A bałbyś się zagrać ważny mecz tego dnia?
– Nieee, co ty. Wręcz odwrotnie. Wszyscy naokoło by mnie przestrzegali, a ja na przekór. Grałbym!

– Nie masz mnie już dosyć?
– Co ty! Nie wiem tylko, co jeszcze można byłoby o tym moim życiu napisać. Na pewno nie ma już mowy o planowaniu makro, czyli długofalowym. Przychodzą takie myśli, że coś jeszcze jest do zrobienia. Choćby dosadzić z tyłu działki jeszcze trochę drzew oliwnych. Co najmniej 50 jeszcze się zmieści!

– Skoro mowa o drzewach, to Andrzej Poniedzielski pięknie powiedział: "Moglibyśmy wrócić na drzewa, ale nie ma już tylu drzew!".
– He, he, dobre, dobre! To prawda, nie wystarczy dla wszystkich. Mam jeszcze coś. Jeden z naszych filozofów krakowskich pięknie mówił o życiu. Bodaj Kępiński: "Pracuje tak, jakby miał żyć 200 lat, a żyje tak, jakby w każdej sekundzie miał umrzeć!" Ale to ty jesteś mistrzem puenty i tytułu. Wymyśliłeś mi tytuł książki Gmoch Zorba, ale wydawnictwo chciało inaczej.

– A propos podsumowania. Co na nagrobku?
– Tu leży mój mąż, który dręczył mnie wciąż. To pisała żona Weronika. A ktoś dopisał: Co szuka nowego kranika.

– Niezłe epitafium! Pogdybajmy teraz. Masz 99 lat i 51 tygodni. Za wszelką cenę chcesz doczekać tej setki?
– Mojemu tacie zabrakło niewiele. 15 grudnia miał obchodzić setne urodziny, a umarł 9. Dzwoniłem z Grecji do lekarza, żeby przedłużył mu życie o kilka dni. Potem poprosiłem, żeby dał mu do łóżka telefon. Rozmawiałem z ojcem, powiedziałem, żeby poczekał na nas, bo przylatujemy do Polski z wnukami. Obiecał, że będzie się starał, ale bardzo go w piersi boli. To były jego ostatnie słowa…

– Smutne. Jak cały nasz dialog.
– No to koniec poważnej rozmowy, bo idzie w naszą stronę Krzysiek Materna.
Wyłączamy oba dyktafony!

Rozmawiał – Jerzy Chromik

***


Jacek Gmoch – urodzony 13 stycznia 1939 roku w Pruszkowie. Były piłkarz Legii Warszawa. W barwach stołecznego klubu rozegrał ponad 300 spotkań. W reprezentacji Polski wystąpił 29 razy. W 1969 roku rozpoczął karierę trenerską. Prowadził kadrę narodową w latach 1976–1978. Rok później przeniósł się do Grecji, gdzie trenował m.in. Panathinaikos Ateny, AEK Ateny i Olympiakos Pireus.

Dwójka sędziowska. Najlepszy w historii polski piłkarz według Gmocha

najpopularniejsze

Ojciec Emiliano Sali: mam nadzieję, że znajdą go jak najszybciej

Short track, PŚ w Dreźnie. Natalia Maliszewska trzecia w finale na 500 metrów

"Niesprzedana jedenastka": Lech Poznań (odc. 7)

Magazyn piłkarski "4-4-2" (04.02.2019) – Wilkowicz, Żelazny, Engel

"Złowione w sieci". Wielka walka Polaka i powrót Mostowiaka